rolnicy
pixabay.com
Autor Magdalena Więckowska - 24 Października 2020

Za 68 dni ogromne zmiany dla tysięcy rolników. Powód do radości czy smutku?

Rolników czeka kolejna spora zmiana, która może w pewien sposób utrudnić organizację pracy w gospodarstwie. Regulacje prawne były przesuwane z roku na rok, bo rzeczywistość i codzienna praktyka stały w kontrze wobec tego, co zamierzali uchwalić politycy. Chodzi o zmiany, które miałyby wejść w życie od 1 stycznia 2021 roku. Jeśli politycy przegłosują ustawę, to oficjalnie od początku nadchodzącego roku rolnicy nie będą mogli karmić swoich zwierząt paszami GMO. Sam temat GMO wzbudza wiele emocji - konsumenci obawiają się, że dostarczana im żywność negatywnie wpływa na ich zdrowie. Faktem jest, że samo modyfikowanie genomu danej rośliny nie oznacza rujnowania ludzkiego i zwierzęcego życia.

Rolnicy obawiają się problemów w przypadku, gdy przedłużające się vacatio legis w sprawie zakazu karmienia paszami GMO miało zakończyć się z ostatnim dniem grudnia. Hodowcy zdają sobie sprawę, że śrutę sojową (która jest pozyskiwana z roślin modyfikowanych genetycznie) trudno jest zastąpić innym surowcem, dostarczającym podobną ilość białka.

Warto zacząć od tego, że rośliny GMO (ang. genetically modified organisms) na etapie badania nasion zostały ulepszone przez naukowców w celu osiągnięcia lepszych plonów. Nie chodzi jednak tylko o to, by z jednego hektara móc zebrać więcej kukurydzy czy soi. Genetyczna modyfikacja roślin sprawia, że często nie trzeba stosować szkodliwych oprysków fungicydami i innymi środkami ochrony roślin. Dlaczego? Genetyczna zmiana danego gatunku może sprawić, że będzie on odporny na popularne szkodniki. Okazuje się zatem, że GMO wcale nie musi oznaczać zdrowotnego zagrożenia dla ludzi i zwierząt. Technika ta nie jest stosowana na szeroką skalę w Polsce. Największą liczbę modyfikowanych gatunków odnotowuje się w Ameryce, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Prym wiedzie tutaj przede wszystkim soja i kukurydza.

Prawo w Polsce się zmieni?

Ustawa dotycząca zakazu stosowania pasz GMO przez hodowców jest przerzucana z roku na rok jak gorący ziemniak, którego nikt nie chce trzymać w dłoniach. Dlaczego? Zapisy ustawy są już znane od dawna - uchwalono je w 2006 roku. Ustalono wtedy dwuletnie vacatio legis na to, by rolnicy mogli zaplanować stopniowe odchodzenie od śruty sojowej i przestawianie swoich zwierząt na inny rodzaj pokarmu. Dwuletnie vacatio legis minęło i okazało się, że pozornie prosta zmiana uderzyła w ścianę, jaką była rzeczywistość. W warunkach europejskich jest bowiem naprawdę sporym wyzwaniem zastąpienie śruty sojowej innym wartościowym źródłem białka. Szkopuł w tym, że soja sprowadzana jest w gigantycznych ilościach do Europy z Ameryki Południowej, a tam modyfikacja genetyczna soi to chleb powszedni. Ministrowie rolnictwa jeden po drugim przedłużali vacatio legis w nieskończoność - nikt bowiem nie chciał zmierzyć się z gniewem rolników. W 2019 roku zdecydowano o kolejnym przesunięciu wprowadzeniu przepisów w życie. Czas ten mija wraz z ostatnim dniem grudnia. Czas jest stosunkowo krótki, a nic nie zwiastuje tego, by rolników czekało kolejne vacatio legis. Czy nadchodzące zmiany są powodem do radości czy do smutku? Istnieje szansa, że zyskać na zmianie może polska gospodarka - zamiast importować śrutę sojową, rolnicy mogą zacząć wykorzystywać polskie źródła białka pochodzące z roślin bobowatych i motylkowych. Środowiska rolnicze nie są optymistycznie nastawione na pomysł zakazu stosowania pasz GMO. Hodowcy należący do Federacji Branżowych Związków Producentów Rolnych chcieliby, aby szkodliwy - ich zdaniem - zapis w ogóle usunąć, zamiast w nieskończoność odwlekać jego wprowadzenie w życie.

Następny artykuł