Niepokojące wieści dla hodowców, GIW ostrzega przed pomorem drobiu. W tych regionach jest najgorzej
Niepokojące doniesienia z polskiego drobiarstwa nie dają hodowcom chwili wytchnienia. W ostatnich tygodniach pojawiają się kolejne przypadki choroby wirusowej, która wstrząsa sektorem i zmusza do podejmowania szybkich decyzji. Straty finansowe rosną, a skutki mogą dotknąć zarówno duże, jak i małe gospodarstwa.
- Rozprzestrzeniający się wirus w polskim drobiarstwie – co musisz wiedzieć
- Od małych stad po przemysłowe fermy – skala zagrożenia rośnie
- Bioasekuracja i szybka reakcja hodowców – jak ograniczyć straty
Rozprzestrzeniający się wirus w polskim drobiarstwie – co musisz wiedzieć
Według najnowszych danych Głównego Inspektoratu Weterynarii wirus rzekomego pomoru drobiu, znany też jako choroba Newcastle, pojawia się w coraz większej liczbie regionów. Obecnie zagrożone są siedem województw: zachodniopomorskie, warmińsko-mazurskie, kujawsko-pomorskie, wielkopolskie, łódzkie, mazowieckie i dolnośląskie. Sytuacja jest poważna, bo wirus nie wybiera typu hodowli – atakuje zarówno niewielkie stada przydomowe, jak i ogromne fermy przemysłowe.
Specjaliści podkreślają, że wirus może pozostawać niewidoczny przez kilka dni, co utrudnia szybką reakcję. Hodowcy są w stanie krytycznym, bo nawet drobne opóźnienie w zgłoszeniu objawów może prowadzić do masowej likwidacji stad. Każde ognisko generuje nie tylko straty ekonomiczne, ale też ryzyko rozprzestrzenienia wirusa na sąsiednie gospodarstwa.
Od małych stad po przemysłowe fermy – skala zagrożenia rośnie
W ciągu ostatnich dwóch tygodni odnotowano dziewięć nowych ognisk choroby, co obrazuje dynamikę rozprzestrzeniania się wirusa rzekomego pomoru drobiu. Wśród nich są zarówno niewielkie, przydomowe hodowle, jak i ogromne fermy przemysłowe. W Nowej Wsi w województwie wielkopolskim choroba dotknęła zaledwie 98 kur nieśnych, jedną kaczkę i jedną perlicę – liczby wydają się symboliczne, ale nawet w tak małych stadach każda utrata ptaka oznacza straty finansowe i wymusza kosztowne procedury dezynfekcji.
Na drugim krańcu znajdują się gigantyczne fermy przemysłowe. W Chodybkach wirus zaatakował ponad 110 tysięcy kur rzeźnych, a w Samszycach w województwie kujawsko-pomorskim niemal 146 tysięcy ptaków. W takich przypadkach konieczne było całkowite wybicie stada, a straty liczone są w setkach tysięcy, a czasem nawet milionach złotych. Dodatkowo hodowcy muszą liczyć się z wielotygodniowymi pracami odkażającymi, co opóźnia ponowne zasiedlenie fermy i przywrócenie produkcji.
Łączna liczba zlikwidowanych ptaków od początku roku zbliża się do 1,725 miliona sztuk. To nie tylko dramat ekonomiczny, ale też emocjonalny – dla wielu właścicieli ferm drób to całe życie i źródło utrzymania rodzin. Wraz z każdym nowym ogniskiem rośnie ryzyko, że wirus przemieści się do kolejnych województw i dotknie ferm, które do tej pory były wolne od zakażenia. Służby weterynaryjne podkreślają, że w takich warunkach najważniejsza jest szybka reakcja hodowców, przestrzeganie zasad bioasekuracji i natychmiastowe zgłaszanie objawów choroby.
Eksperci ostrzegają, że nawet pozornie drobne zakażenia w małych stadach mogą być początkiem większych ognisk. Ptaki mogą przemieszczać się między gospodarstwami poprzez transport, kontakt z dzikim drobiem lub osoby obsługujące fermy, dlatego każde zaniedbanie w bioasekuracji zwiększa ryzyko epidemii. Dla hodowców oznacza to konieczność stałego monitorowania stanu stada, dokumentowania objawów i stosowania rygorystycznych procedur sanitarnych.
Sektor drobiarski stoi więc przed dużym wyzwaniem logistycznym i finansowym. Nie tylko chodzi o natychmiastowe straty, ale też o ograniczenie dalszego rozprzestrzeniania choroby, co wymaga współpracy między hodowcami, służbami weterynaryjnymi i władzami lokalnymi. Im szybciej i skuteczniej zostaną wprowadzone środki zapobiegawcze, tym mniejsze ryzyko kolejnych dramatów finansowych i biologicznych dla całego rynku drobiarskiego.
Bioasekuracja i szybka reakcja hodowców – jak ograniczyć straty
Eksperci podkreślają, że podstawą walki z chorobą jest ścisłe przestrzeganie zasad bioasekuracji. Hodowcy powinni:
- izolować nowe stada od istniejących,
- regularnie dezynfekować pomieszczenia i sprzęt,
- ograniczać dostęp osób z zewnątrz do ferm,
- natychmiast zgłaszać każde podejrzenie choroby do powiatowego lekarza weterynarii.
GIW apeluje, by hodowcy monitorowali swoje stada i reagowali bez zwłoki. Każde opóźnienie może spowodować rozprzestrzenienie wirusa na kolejne gospodarstwa i zwiększyć straty finansowe całego sektora. Współpraca hodowców i służb weterynaryjnych jest kluczowa, bo tylko szybka reakcja może ograniczyć skutki epidemii.
